OFE – czy wiosna przyjdzie latem?

question-mark-2492009_1280.jpg

Przyszła astronomiczna wiosna, a wraz z nią rozkwitają liczne nowe pomysły, jak uszczęśliwić Polaków w zakresie emerytur. Dotyczy to różnych obszarów. W pierwszym filarze o prym pierwszeństwa rywalizują emerytury matczyne z jednorazowym przekupstwem wyborczym, w drugim filarze przywołano ducha likwidacji OFE, a w trzecim właśnie ruszają pracownicze plany kapitałowe (PPK), z tym, że ktoś próbuje im rzucać kłody pod nogi, szerząc wrogą propagandę. Oj dzieje się, a to dopiero początek.

PPK jeszcze nie ruszyło, a już utyka

System przygotowywanych od dwóch lat pracowniczych planów kapitałowych (PPK) jeszcze na dobre nie ruszył, a już słyszymy, że jacyś dobrodzieje przy nim zaczęli majstrować. Pod hasłem ułatwienia obsługi administracyjnej PPK zapowiedziano znaczące zwiększanie pracodawcom kosztów pracy związanych z PPK już od 2020 roku. Uczyniono to majstrując przy definicji wynagrodzenia dla celów naliczenia wpłat do PPK. Do tej pory mieliśmy płacić wpłaty do PPK wyłącznie na otrzymywanym wynagrodzeniu w kwocie do tzw. limitu 30 krotności zusowskiej. Jednakże wszystko wskazuje na to, że pracodawcy (i pracownicy) będą musieli głębiej sięgnąć do kieszeni, żeby sfinansować wpłaty do PPK od pełnego otrzymywanego wynagrodzenia. Powyższe przykładowo oznacza, że w takim Narodowym Banku Polskim średnio zarabiający dyrektor będzie otrzymywał wpłaty do PPK cztery razy większe. Zamiast bowiem naliczyć je od pierwszych prawie 150 tysięcy złotych w roku, trzeba będzie w jego czy jej wypadku naliczyć je na całym np. 600 tysięcznym rocznym wynagrodzeniu. Wzrost kosztu pracy w tym obszarze dla PPK – czterokrotny. Ktoś za to zapłaci bez względu na to czy to sektor publiczny czy prywatny. A podobno inne zmiany w ustawie o PPK, i to jeszcze przed uruchomieniem możliwości tworzenia PPK, co nastąpi 1 lipca 2019 roku, też są szykowane.

OFE coming out

Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. I tak jest w przypadku kwestii OFE. Wiele osób twierdzi, że istnieje ścisła korelacja między najnowszymi hojnymi propozycjami partii aktualnie rządzącej, a odgrzebanym z lamusa znanego przecież publicznie od ponad dwóch lat projektu 75/25. To jest tzw. „zwrotu” rodakom 75% tego co „mają” obecnie zgromadzone w OFE, przy jednoczesnej grabieży 25% tych posiadanych kwot w postaci przekazania ich do funduszu rezerwy demograficznej. Dzięki takiemu politycznemu coming out OFE, kilkadziesiąt miliardów złotych może jednego dnia zasilić zarządzany przez ZUS fundusz rezerwy demograficznej. Nie można wykluczyć, że w następnym kroku po kilku tygodniach usłyszymy, że zarządzanie gromadzonymi środkami przez ZUS jest tak dobre, że znowu nie potrzebuje on tak dużych jak planowano dotacji ze strony Skarbu Państwa. Oznacza to, że kilkadziesiąt miliardów złotych może zostać w przepastnych pomieszczeniach Ministerstwa Finansów lub zostać wydatkowane na inne cele. Powyższe zaczyna się spinać? Już widać, kto może sam sfinansować to, co podobno „dostanie”. Oczywiście większość pewnie się ucieszy z otrzymania 75% tego, co jego. Ale czy mamy się cieszyć z tego, że ¼ znowu nam zabiorą? No chyba że wiosna przyjdzie tego roku także latem.

Podobne artykuły